De conditionibus

Jakiś czas temu, wraz z dwoma kolegami, jechałem w odwiedziny do znajomego księdza: ponieważ wszyscy jesteśmy ministrantami w starym rycie, siłą rzeczy temat rozmów koncentrował się wokół tematu spraw okołokościelnych, głównie zaś liturgicznych. Miło porozmawiać z młodymi osobami, które Służbę Bożą stawiają w centrum swojej duchowości, ale nawet w takim gronie może dojść do podziału, jeśli idzie o niektóre kwestie. A tę, która wśród nas wywołała gorącą dyskusję, można sprowadzić do jednego – do wymagań. Co prawda niby głównie fizycznych, ale, jak to bywa w religii, także duchowych. Jak wiele Kościół powinien wymagać od swoich wiernych w tych sprawach?

Kto choć pobieżnie zapoznał się z nieszczęsnymi reformami, jakich dokonywano za pontyfikatu Smutnego Pawła, ten dobrze wie, iż polegały one głównie na skreślaniu i obcinaniu. Najlepszym, a jednocześnie wielce smutnym tego przejawem, był mszał rzymski, w którym rubryki, a nawet część antycznych modlitw, przekreślono jednym ruchem ręki i w części, bądź nawet w całości, wyrzucono na śmietnik historii. Tak przynajmniej sądzili ówcześni reformatorzy. Skoro liturgia oberwała tak mocno w wyniku wybuchu „nowej Wiosny”, to i inne dziedziny życia eklezjalnego nie mogły nie dostać choćby rykoszetami. Kalendarz, szaty liturgiczne, habity zakonów żeńskich, dyscyplina, brewiarz, formacja seminaryjna, architektura i sztuka sakralna, odpusty – wszystko, co się dało, zostało zmienione pod względem formy czy treści według jednego klucza: uprościć, skrócić. Czyli ogólnie: mniej wymagać.

Dzięki złagodzonym wymaganiom świeccy i duchowni dostali więcej wolnego czasu, więcej tzw. luzu: mniej dni postnych, mniej brewiarza do odmawiania, krótsza liturgia – powinno to wzbudzić powszechny zachwyt ludzi, którzy do teraz tłumnie winni wypełniać świątynie, aby z radością brać udział w uproszczonych i mniej wymagających obrzędach. Ale jakoś dziwnie się tak nie stało. Dziwnie dla tych, którzy naiwnie myśleli, że pewne poluzowanie w świecie, który poluzował niemal wszystko, cokolwiek pomoże. Owszem, pomogło, ale opróżnić kościoły.

Wracając do dyskusji z podróży: zarysowałem swoją wizję idealnego Wielkiego Tygodnia, którego kulminacyjnym momentem miała być Wigilia Wielkiej Soboty, celebrowana oczywiście zgodnie ze stanem sprzed zupełnie nieudanej reformy Piusa XII. Niezrozumienie, a wręcz oburzenie kolegów, wzbudził fakt, że celebrację tę rozciągnąłbym na niemal całą noc z soboty na niedzielę. Oczywiście zastrzegłem, że taka zmiana mogłaby być wprowadzona jedynie po gruntownej odnowie liturgicznej Kościoła i solidnej katechezie, która musiałaby jej towarzyszyć. Dzisiaj takich środków wymaga samo wprowadzenie zwykłej mszy w starym rycie, a całkowite przywrócenie dawniejszych form liturgicznych i wyzbycie się nieudanych eksperymentów abpa Bugniniego, wymagałoby tego bezwzględnie. Załóżmy jednak, że nastały takie czasy: stara liturgia (na potrzeby tego wpisu pominę zmiany, jakie mogłyby w niej zajść) powraca powszechnie do Kościoła i nadchodzi Triduum z jego szczytowym momentem. Długa liturgia Wigilii Paschalnej, z dwunastoma czytaniami, zaczyna się niedługo przed północą i kończy się Mszą Świętą z procesją rezurekcyjną. Ile by to wszystko trwało? Zapewne do godzin wczesnorannych. Abstrakcja? Oderwany od rzeczywistości pomysł? Dla wielu pewnie tak. Ale nie dla mnie.

Sama Wigilia nie jest celebracją, która zobowiązuje katolika do uczestnictwa – wymóg ten odnosi się dopiero do mszy w Niedzielę Zmartwychwstania, więc ci, którzy nie czuliby się na siłach, mogliby przyjść dopiero na mszę nad ranem lub nawet w ciągu dnia. Czuwanie takie byłoby niewątpliwie bardzo męczące, zwłaszcza dla duchowieństwa i ministrantów. Czy jednak jedna noc w roku spędzona na modlitwie, wzorem antycznych chrześcijan, byłaby tak wielkim wyrzeczeniem? Patrząc po zabawach weselnych, które trwają już od późnego popołudnia do białego rana, czyli znacznie dłużej, jakimś wielkim problemem to by nie było. Choć dyspensa na popijanie kawy gdzieś z boku, do czasu rozpoczęcia mszy, nie byłaby głupim rozwiązaniem W przypadku młodych, którzy potrafią całą noc przebalować chodząc od klubu do klubu albo przepić, gadając ze znajomymi, sprawa wydaje się nawet łatwa. Gdy na sugestie kolegów, że to niemożliwe, podałem przykład członków neokatechumenatu, odpowiedzieli, że to inna sprawa. Czemu inna? Czy od zwykłych katolików, uformowanych odpowiednią katechezą, nie można oczekiwać jednej nocy poświęconej na trwanie przy Panu? Jak widać czasem nawet i neoni mogą dać dobry wzór ;)

No właśnie, tylko czy można tyle wymagać od wiernych? Nie tylko mówię, że można, ale uważam nawet, że trzeba. Dziś tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tych obniżonych wymagań, że nawet 45-minutowa msza niedzielna jest powodem do narzekań, że trwa za długo, a nie daj Boże, żeby przeciągnąć ją do godziny! Chodzących na nową liturgię rozumiem, zwłaszcza że najczęściej przedłużającymi elementami są tzw. trzy kazania, czyli zagajenie przed mszą, homilia oraz ogłoszenia duszpasterskie. Nowy ryt jest tak nudny, że faktycznie więcej niż 45-minutowa celebracja może człowieka znużyć, ale znam też takich ludzi, którzy i stary ryt chcieliby trochę przyciąć, żeby nie siedzieć tyle w kościele. Jak dla mnie brak chęci na poświęcenie Bogu jakiejś półtorej godziny w niedzielę jest niepokojący. Nawet nie chcę rozwodzić się nad tezami, że takie czasy, wszędzie pośpiech, wszystko ma być krótkie albo szybkie. Po pierwsze Kościół nie jest od tego, aby iść z tzw. duchem czasu, bo, jak powiedział G.K. Chesterton: Kościół nie może iść z duchem czasu – z tego prostego powodu, że duch czasu donikąd nie idzie. Kościół może co najwyżej ugrzęznąć w bagnie razem z duchem czasu, by razem z nim cuchnąć i gnić. Po drugie nieustanne przyśpieszanie nie rozwiązuje problemu, ale go potęguje, o czym z kolei pisał abp F.J. Sheen: Nigdy przedtem ludzie nie posiadali tak wielu urządzeń pozwalających oszczędzać czas. Nigdy przedtem nie mieli oni tak niewiele czasu wolnego. Gdy świat niepotrzebnie przyśpiesza, Kościół winien zwalniać.

Czy ciężko byłoby przyzwyczaić człowieka do większych wyzwań, wyższych wymagań w sferze wiary? Łatwo zapewne by nie było, nawet gdyby udało się wyraźnie ukazać ich sens. Ale czy dzisiaj człowiek nie zaczyna szukać wymagań sam dla siebie? Czy nie narzuca sobie treningów, biegów bez względu na porę roku? Czy nie wyznacza sobie diet i postów cięższych, niż obecnie te przepisane przez Kościół? Jakże łatwo Kościół mógłby ponownie wpasować w te pragnienia doskonalenia się i nadać im wyższe, szersze znaczenie. To tylko ci, którzy myśleli, że odpuszczając, przyciągną ludzi do Kościoła, wierzą, że dalsze „luzowanie” coś pomoże. Tymczasem przykład posoborowia wybitnie pokazuje, że ludzie chcą Kościoła, który będzie mówił, czynił i wymagał jak Kościół. Tak samo wyraźnie i dobitnie, jak mówił, czynił i wymagał Chrystus, gdy swego czasu chodził po ziemi. Ludzie chcą po prostu autentyczności, prawdy. A Prawda jest wymagająca i przez to przyciągająca. Zbyt wiele jest sfer w świecie, w których od człowieka już się niczego nie wymaga – niewymagający Kościół nie jest mu do tego potrzebny. Niestety, póki nie zostanie przezwyciężony kryzys i błędne myślenie, katolikom pozostanie czynić według słów, jakie kiedyś wypowiedział Jan Paweł II: Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali. Szkoda, że nie potwierdził tych pragnień przywróceniem tego, co przez wieki kształtowało dusze rzeszy wiernych.

Comments are closed.