De fructibus et numeris

Posoborowie można krytykować z wielu powodów, powołując się przy tym na różnego rodzaju argumenty, ale mało co tak w nie bije jak suche liczby: czego by tu nie dotknąć, gdzie by nie sprawdzić, jakiej kwestii by nie ruszyć – w zasadzie wszędzie i we wszystkim spadek, upadek lub totalny dół. Z tego to powodu piewcy nieudanych posoborowych eksperymentów nie odnoszą się zazwyczaj do statystyk z czasów sprzed Vaticanum II, a gdy już zetrą się z niesprzyjającymi faktami, opadające na wykresie kreski obciążają efektem rewolucji kulturalnej, laicyzacji społeczeństwa czy wojującego ateizmu. Jakoś nigdy nie zastanowią się, że zmieniona postawa Kościoła mogła te trendy wspomóc, zamiast hamować.

Ostatnimi jednak czasy kolejny piorun uderzył w wyznawców posoborowia. Nie powiem, że padł on jak z jasnego nieba, bo czarne chmury nad Kościołem gromadziły się od dawna. Nie wierzę też w to, że oświeci i wybudzi on naszych biskupów, proboszczów i szeregowych księży ze słodkiego letargu samozadowolenia, tak samo jak podobne znaki na niebie i ziemi, wstrząsające Kościołem na Zachodzie, nie uratowały go przed obecną zapaścią. Otóż firma TNS na zlecenie pewnej gazety przeprowadziła sondaż, wg którego (przy założeniu zachowania norm realizacji takiego projektu) w Polsce, pośród ponad 95% zadeklarowanych katolików, mamy nie tylko tzw. wierzących niepraktykujących, ale i wierzących ateistów oraz wierzących, ale nie w to, co wyznaje Kościół. Ogólnie rzecz biorąc ponad połowa respondentów zadeklarowała swoją niewiarę w śmierć Chrystusa czy w Jego zmartwychwstanie, że już o takich rzeczach jak czyściec czy piekło nie wspomnę. Z czystej widocznie litości nie pytano o stosunek do nauki moralnej Kościoła, bo liczba osób identyfikujących się z wiarą katolicką spadła by jeszcze niżej.

To efekt takiego dziwnego czasu nazywanego „Wiosną Kościoła”: w przeciwieństwie do kalendarzowej pory roku nie tylko nie nadeszła ona po zimie (bo lata przedsoborowe trudno tak nazwać), ale nie przyszła w ogóle, mimo tego, że już kilkakrotnie ogłoszono jej powiew. Co prawda znalazły się i nieprawomyślne elementy, jak papa Ratzinger, który mówił o Kościele przypominającym „tonącą łódź, łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron” i o fałszywej interpretacji Soboru Watykańskiego II, ale kto słuchał tego starego Niemca w czerwonych butach i koronkach? Cichy głos prawdziwie pokornego papieża, nieznośnie brzęczący nad uchem wygrzewającego się w blasku posoborowego słoneczka duchowieństwa, na szczęście zagłuszył medialny szum jego następcy, który przy usuwaniu pozostałości po Benedykcie, z wzniesionym w górę kciukiem woła: „Kościół jeszcze nigdy nie miał się tak dobrze”. Więc po co cokolwiek zmieniać, skoro jest tak świetnie?

vaticanofulmine

I tak przypomina mi się rozmowa z jednym z tych księży, którzy uparcie twierdzą, że „gdyby nie Sobór, byłoby jeszcze gorzej” (plus, że przynajmniej przyjmuje, że jest źle), w czasie której opowiadał mi, że dzieci i młodzież z którą się styka w szkole nie zna nawet „Ojcze nasz”, a ja nie mogłem w to uwierzyć. „Przecież to podstawa! Modlitwa, którą zna się z mszy i pacierza!” – mówiłem. Dziś patrzę na efekt posoborowej degrengolady wśród tzw. katolików z nie mniejszym zdziwieniem: religijna ignorancja wśród takich ludzi nie była mi obca, ale niewiara w fundamentalne prawdy wiary to już inna sprawa. I tylko żałuję, że w sondażu tym nie padły pytania o częstotliwość uczęszczania na Mszę Świętą i przystępowania do Komunii Świętej – może akurat trafiło na 1000 osób w ogóle niechodzących do kościoła? W innym przypadku byłoby to kolejne potwierdzenie fiaska liturgicznych reform, bo przecież „prosta i jasna msza, po polsku”, miała przyczynić się do lepszego zrozumienia samej wiary! To nie to co to „ciemne przedsoborowie, gdzie ludzie klepali różańce w czasie mszy, a nawet jak śpiewali po łacinie, to i tak nic nie rozumieli”. I jaka to była pobożność? Przaśna i ludowa, nie to co nowoczesny i oświecony katolicyzm posoborowy…

I jak zawsze w takich momentach przed oczami staje mi początek filmu dokumentalnego o Pawle VI, w którym włoski lektor opisuje Kościół czasów Piusa XII, przedstawiając go jako byt „silny swoją prawdą” i „dumny z własnej tradycji”. Po ostatnim soborze mamy zaś Kościół rozchwiany, jakby niepewny tego, że on jeden jest strażnikiem jedynej i nieodmiennej prawdy, a przez to strasznie rozmyty, rozmazany, co szczególnie widać w często potworkowym ekumenizmie i dialogu międzyreligijnym. Uczucie to spotęgował dodatkowo pontyfikat Franciszka: gdy zdawało się, że Benedykt, po wykazaniu gdzie leżą przyczyny tych błędów, mozolnie przywracał właściwy kurs, ktoś nowy szarpie Piotrową Nawę znów w przeciwną stronę. Kościół, przestając być potężny swoją wyrazistością, dla wielu przestał być nie tylko głosicielem Bożych wyroków, ale po prostu stał się zupełnie niepociągający. Dawniejsi katolicy, ale i konwertyci, niejednokrotnie wspominali, co pociągało ich w katolicyzmie: jego przekonanie i wyraziste oznajmianie swojej jedyności jako Kościoła Chrystusowego, nieugiętość wobec świata i stałość wobec jego zmiennych trendów, a to wszystko wyrażone w majestatycznej i tajemniczej liturgii, rozbrzmiewającej antycznym językiem w mowie i śpiewie, gdzie drogocenne szaty i naczynia majaczyły w kadzidlanym dymie.

Co zatem może przyciągnąć do Kościoła tych, którzy od niego odeszli lub związani są z nim tylko przez zwyczaj chodzenia na niedzielne msze? Znamy już skutki przesłodzonego katolicyzmu posoborowia, wiemy jakie owoce przyniósł nowy ryt, widzimy liczby, a w nich nie dostrzegamy jakości. Zamiast kazań wyjaśniających prawdy wiary odczytuje się kolejny list biskupów czy rektorów, cytuje się fragmenty „Małego Księcia” lub przytacza mądrość jakiegoś buddyjskiego mnicha, a wszystko to sprowadza się do formuły: „Bóg kocha Cię, takiego jakim jesteś”. Jak przy tym mówić o potrzebie poprawy, nawrócenia, jeżeli nie wskazuje się na konieczność pokuty (której przejawy w różnej formie ograniczył zresztą wspomniany Smutny Paweł)? Jak roztoczyć przed wiernymi wizję wiecznej nagrody w niebie, jeżeli dobitnie nie wyrazi się prawdy o Szatanie i piekle zgotowanym dla niego i jego aniołów oraz dla tych wszystkich, którzy nie będą przestrzegać Bożych przykazań? Jak wreszcie wyjaśnić ludziom konieczność przeciwstawiania się współczesnemu światu, bijącemu w katolików jak tylko się da, jeżeli mimo to jego ulubieńcem jest obecny papież, a to dlatego, że niejasno się wyraża i jest inny niż „pancerny” Benedykt XVI?

Ponoć w czasie Soboru Paweł VI rozważał dwie wizje Kościoła: małego i gorącego oraz dużego, ale letniego, czyli czy pozostawić go tradycyjnym czy zliberalizować jego formę. Koniec końców wyszło podobnie, jak w znanej wypowiedzi Winstona Churchilla, skierowanej do premiera Artura Chamberlaina, a dotyczącej rozmów pokojowych z III Rzeszą: Mieli do wyboru hańbę, albo wojnę. Wybrali hańbę, a wojnę dostaną i tak. Soborowi papieże mieli do wyboru dialogować ze światem albo iść z nim na wojnę. Wybrali dialog, a wojnę dostali i tak.

Comments are closed.