De natura hominum

Nieraz przywoływany był na naszej stronie cytat z XXII sesji Soboru Trydenckiego, który stanowi także zakończenie i podsumowanie mojego komentarza dotyczącego piękna i jego roli w Kościele. Przypominam o tym, bo jest to krótki wykład tego, czego potrzebuje pomponiarz jako strawy dla swojej duszy. A w zasadzie czego pragnie każdy człowiek, bo jak słusznie jest tam zapisane: „taka jest natura ludzka, że bez zewnętrznych pomocy niełatwo wznosi się do rozważania rzeczy Bożych”. Czy dziś jest inaczej? Czy 2 poł. XX w. uruchomiła jakąś zapadkę w człowieku i spuściła jego naturę w odmęty niebytu? Jakoś w to powątpiewam.

W przekonaniu tym utwierdzają niewątpliwie obserwacje współczesnego, jakże zracjonalizowanego świata, w którym mimo wszystko ludzie poszukują mistycyzmu, będącego naturalnym elementem relacji Bóg – człowiek. Chodzi zwłaszcza o tych, których wiara nie jest tak silna, by bez „zewnętrznych pomocy” dobrze ją kształtować i rozwijać, gdyż choć piękno kultu Bogu po prostu się należy, to przede wszystkim jest pomocą dla nas. A śmiem twierdzić, że takich ludzi jest większość. Dlatego w czasie posoborowych deform liturgicznych tak gwałtownie opustoszały kościoły i seminaria: zaprzestano dawać tego duchowego pokarmu, jakiego domaga się, z natury słaba, ludzka natura. Coś, co było święte przez wieki, nagle zostało uznane za szkodliwy przejaw zacofania – taki wstrząs zachwiał wiarą wielu.

Obecnie księża podejmują rozpaczliwe próby zwabienia młodzieży do kościoła, tańcząc na festynach czy co gorsza „uatrakcyjniając” msze, ale na takie zachowania, na ich infantylność, będący daleko od Kościoła patrzą raczej z zażenowaniem. Od kilkudziesięciu lat istnieje też zgubna tendencja, którą najprościej można nazwać obniżaniem poprzeczki: od wiernych wymaga się coraz mniej, a część hierarchii podważa zasadność nawet tej, i tak już mocno zredukowanej, dyscypliny. A nie tego pragnie człowiek poszukujący. Przez wieki ludzie zwracali się do katolicyzmu ściągani jego niezwykłą mocą: niewzruszonym staniem na straży wiary, głoszonej z pozycji jedynego posiadacza skarbu, jakim jest Prawda. Postawę tę potwierdzał majestat i splendor Kościoła Walczącego, podniosłe ceremonie i antyczne zwyczaje. Wszystko co zewnętrzne, od sztuki sakralnej po stroje duchowieństwa, było wyrazem potęgi Kościoła silnego swoją prawdą, świadomego swojej historii i dumnego ze swojej tradycji.

Dziś wzajemne poklepywanie się po plecach na ekumenicznych i międzyreligijnych spotkaniach, w odbiorze ludzi będących poza Kościołem, a czasem także i samych katolików, wygląda na uznawanie możliwości równie łatwego osiągnięcia zbawienia w każdej religii, a nawet poza nią – wystarczy być dobrym protestantem, dobrym muzułmaninem, dobrym ateistą. Otwarcie drzwi Kościoła sprawiło, że ludzie przez nie wyszli, a próba dialogu ze światem zaowocowała atakiem tegoż świata na Kościół. Dziś to, co kiedyś było dumą Kościoła, przez jego synów uważane jest za powód wstydu czy niesmaku: dlatego z taką niechęcią wielu patrzyło na postawę Benedykta XVI, a z takim entuzjazmem widzi poczynania Franciszka, którego spora część gestów i słów odbierane są jako wyraźne przeciwstawienie się wizji poprzednika.

Bo co robił Papa Ratzinger? Nie flirtował ze światem, więc i nie brylował w mediach – jego myśli, czyny a nawet stroje wyrażały to, o czym wielu chciałoby zapomnieć. Był papieżem, który dobitnie stwierdzał kryzys Kościoła, a akceptacja istnienia choroby to pierwszy krok do wyleczenia. Drugim jest odkrycie przyczyn niedomagania, a trzecim właściwe leczenie. Poszedł więc na ciężką walkę z wyznawcami „ducha Soboru” i wskazał, że odrodzenie Kościoła musi nastąpić przez przywrócenia właściwego wymiaru liturgii. Był wreszcie papieżem, który wzrokiem pełnym miłości spojrzał na szeroko rozumianych konserwatystów w Kościele: na tę trzódkę, która pragnęła dawnej normalności i której duchowość jest odmienna od tego, co serwuje się jej w kościołach. Był ojcem dla tych, którzy w Kościele byli widziani głównie jako relikty przeszłości, nawet jeżeli byli to ludzie młodzi, a tacy są zazwyczaj tradycjonaliści.

Siłą tego ruchu jest jego ponadczasowość i nawet brak Benedykta na Tronie Piotrowym nie przeszkodzi w jego rozwoju. Owszem, Franciszek pacyfikuje, nomen omen, Franciszkanów Niepokalanej (choć spoglądając na historię Kościoła można wnioskować, że prześladowania tylko ich wzmocnią), ale z różnych części świata dochodzą informacje o kolejnych miejscach celebracji po staremu, o kolejnych biskupach, którzy pontyfikowali wg usus antiquior i co najważniejsze, o kolejnych młodych księżach, którzy poznają tradycyjną liturgię. Ten staro-nowy ruch będzie powoli wzrastał (burzy się szybko, a buduje wolno), ponieważ w miarę swoich możliwości daje to, czego oczekują ludzie: nie płytkich uniesień, ale twardego katolicyzmu. Twardego, ale przy tym zdrowo radosnego i nowoczesnego, co widać po aktywności tradycyjnego środowiska w Internecie. Ale nie tylko: osoby związane z tym ze starą mszą bywają czynnymi działaczami ruchów pro-life, a postawa w tej kwestii znanego pomponiarza, umiłowanego Rajmunda kardynała Burke’a, może być przykładem dla wszystkich hierarchów Kościoła i wyraźnym zaprzeczeniem tezy, że za pomponami nic więcej nie idzie.

Czy to oznacza, że tradycjonaliści to wzory do naśladowania i przykładni katolicy? Powiedziałbym, że nie odbiegają w tym względzie od innych wierzących, choć najczęściej ich świadomość wiary stoi na znacznie wyższym poziomie od reszty: co nie oznacza, że chroni ich to od ludzkich słabości i grzechu. Dla rozwoju swej pobożności potrzebują jednak tego, czym Kościół szafował przez wieki, a co jest „oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich”. Czemu więc nasi Pasterze odmawiają nam tych dobrodziejstw? Czemu nie chcą wzmocnić naszej słabej duszy tym, co przez wieki kształtowało wiarę duchownych i świeckich? Czy boją się podjąć wyzwanie „eksperymentu Tradycji”? Czy niepokoją się na myśl, że rozpadająca się konstrukcja posoborowia załamałaby się całkowicie w zderzeniu z falą prawdziwej odnowy?

A przecież to wszystko o czym napisałem powyżej, to nie tylko elementy budujące wiarę, ale i niezwykle potężne narzędzia nawrócenia. I same pompony mogą być tu nieocenioną pomocą: wystarczy wczytać się we wspomnienia konwertytów z dawnych lat, których ciekawość katolicyzmu została obudzona przez piękno liturgii. I dziś nie byłoby inaczej, o czym wspomniałem na samym wstępie: nawet osoby niewierzące czy innowiercy zachwycają się chorałem czy kościelną polifonią, a przekonać się można o tym choćby czytając komentarze pod nagraniami umieszczonymi na YouTube. Nierzadko też można trafić na myśl będących poza Kościołem, że jasna i bezkompromisowa postawa Kościoła, wymagająca dyscyplina i cała pomponiasta otoczka są logiczną konsekwencją wyznawania wiary zgodnej z Magisterium. Jeden z niewierzących znajomych, po niemal całonocnej dyskusji o wierze stwierdził, że „gdyby Kościół wyglądał tak, jak go widzisz, to zostałbym katolikiem”. Oczywiście to tylko słowa, ale oddające pewne pragnienie odnalezienia autentyczności. Podobne głosy słyszałem ja czy moi znajomi od wiernych obrządków wschodnich, czy to katolików czy prawosławnych – dla nich stara msza i tradycyjna duchowość są kontynuacją antycznych tradycji Zachodu, tak samo jak oni są kontynuacją tradycji Wschodu.

Czy pompony mają zatem przyszłość w Kościele? Nie można odpowiedzieć inaczej, jak w ten sposób, że one są przyszłością Kościoła. Tak samo, jak są jego przeszłością. Nie może być inaczej, „ponieważ taka jest natura ludzka…”.