De causa Cardinalis Gulbinowicz

Kilka dni temu Nuncjatura Apostolska w Polsce wydała komunikat dotyczący dochodzenia w sprawie oskarżeń wysuwanych pod adresem kard. Henryka Gulbinowicza, byłego arcybiskupa metropolity wrocławskiego. Tekst jest lakoniczny i zasadniczo sprowadza się do podania kar dyscyplinarnych, jakimi objęto wspomnianego purpurata. Decyzja ta wywołała spore poruszenie oraz olbrzymie emocje, szczególnie wśród części wrocławian, czy szerzej mówiąc Dolnoślązaków, dla których postać długowiecznego Księcia Kościoła owiana jest legendą i otoczona nieukrywaną sympatią. Smutek i rozgoryczenie mogą się tutaj mieszać z pewną konsternacją, bo tak po prawdzie nie wiemy, za co konkretnie ukarano Gulbinowicza: nuncjatura nie podała żadnych szczegółów i jedynie na oficjalnej stronie Watykanu można znaleźć informację, że śledztwo dotyczyło oskarżeń o akty homoseksualne, molestowanie i współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. I tyle. Ani słowa wyjaśnienia, do którego wierni mają pełne prawo, zwłaszcza w sytuacji, gdy rzecz dotyczy człowieka dla wielu wręcz pomnikowego. Czyż spraw skrywanych w ciemnościach i otaczanych zmową milczenia nie powinno wyjaśniać się możliwe klarownie i szczerze, choćby prawda była nie wiadomo jak bolesna czy szokująca?

Bo jakie wrażenia może odnieść przeciętny wierny, skazany obecnie na medialne doniesienia i internetowe komentarze? Większość widziała w dawnym metropolicie bohatera bez skazy, a tylko część słyszała stosunkowo niegroźne plotki o „ciotce Heni”, który to lubił łapać kleryków za kolana. Sytuację zmieniła w połowie tego roku publikacja artykułu prof. Rafała Łatki z Instytutu Pamięci Narodowej, będącego zapowiedzią książki dotyczącej kontaktów x. Gulbinowicza z SB. Tam to pojawiła się informacja, iż aparat bezpieczeństwa posiadał materiały dowodzące czynnego homoseksualizmu przyszłego Księcia Kościoła. Nie wiemy jednak, czy i ewentualnie w jakim stopniu wspomniana publikacja mogła mieć wpływ na watykańskie śledztwo. Czy jego błyskawiczne wręcz tempo może sugerować, iż w tej sprawie oparto się tylko na wspomnianych materiałach czy może jedynie przerwały one tamę milczenia, doprowadzając do szeregu zeznań potwierdzających niemoralne prowadzenie się znanego purpurata? I czy problem ten dotyczył tylko wczesnego okresu życia, czy może x. Gulbinowicz uprawiał ten gorszący proceder przez całe dekady, wykorzystując do tego piastowane przez siebie urzędy?

Drugie oskarżenie, podane przez stronę watykańską, dotyczy kontaktów ze służbami PRL, których charakter, zdaje się, przybrał bardziej formę gry niż współpracy agenturalnej. Według badaczy IPN późniejszy metropolita wrocławski nie tylko nie stronił, ale wręcz dążył do utrzymywania stałych relacji z SB, wykorzystując je dla własnych celów i zapewniając sobie spokój i możliwość kontynuowania kariery kościelnej. Trzeba będzie poczekać do publikacji książki, żeby móc ocenić, jak bardzo szkodliwe dla Kościoła czy poszczególnych osób były informacje przez niego przekazywane i kto kim grał bardziej w tym układzie. Zastanawiać może, czemu bezpieka nie skorzystała z tych materiałów później, gdy purpurat zerwał współpracę, a nawet czynnie wspierał ruch solidarnościowy, korzystając przy tym ze zdobytych znajomości i pomagając niektórym prześladowanym opozycjonistom. Pytaniem pozostaje również, czy działania Gulbinowicza mogły być uzgodnione z kardynałem Wyszyńskim, czy jednak były własną inicjatywą, skrywaną przed nieświadomym niczego prymasem?

Pozostaje ostatnia, najbardziej bulwersująca sprawa, czyli kwestia molestowania. Tutaj wiemy jeszcze mniej niż przy poprzednich dwóch zarzutach: ponieważ prof. Łatka w jednym z wywiadów zaznaczył, że choć służby PRL dysponowały kompromatami świadczącymi o homoseksualizmie x. Gulbinowicza, to nie miały na niego materiałów dotyczących molestowania czy pedofilii. Jeżeli więc oskarżenie to nie ma swego źródła w teczkach SB, musi więc opierać się na czyichś zeznaniach. Opinii publicznej znane jest tylko jedno takie świadectwo, dotyczące sytuacji sprzed 30 lat, gdy to ówczesny metropolita wrocławski miał ponoć przez kilka minut dotykać genitaliów nocującego w kurii 16-latka, ucznia Niższego Seminarium Duchownego w Legnicy. Co tam ów młodzieniec robił, można dowiedzieć się, czytając wywiady udzielane przez autora oskarżenia Przemysława Kowalczyka (vel Karola Chuma), choć jego postać, jak i rozbieżności w zeznaniach sprawiają, że cała i tak już dziwna historia staje się jeszcze bardziej niepewna. Nie chcę rozwodzić się nad szczegółami, bo dogłębna analiza całości zajęłaby zbyt wiele miejsca, a nie to jest tu najważniejsze: faktem jest, że mamy do czynienia z klasyczną sytuacją słowo kontra słowo, przy czym należy pamiętać, że pełnomocnicy kardynała zaprzeczyli tym oskarżeniom. Otwartym pozostaje pytanie, czy coś się w tym względzie zmieniło w wyniku przeprowadzonego przez Watykan śledztwa, bo do jego wyników wspomniani mecenasi już się nie odnieśli. Co zatem udowodniono kardynałowi? Czy pojedyncze przypadki dotykania miejsc intymnych chłopców lub młodych mężczyzn, czy też dokonywane przez lata gwałty?

Fot. Janusz Wójtowicz

Nietrudno dostrzec w mym wywodzie wielu znaków zapytania, ale wynikają one z prostej przyczyny – poza kwestią kontaktów x. Gulbinowicza z SB nie wiemy ani jaka była skala zjawisk, ani czas ich trwania, ani na podstawie jakich przesłanek wydano wyrok, ani czy kardynał był przesłuchiwany, ani czy przyznał się do winy. Niezrozumiałe jest to milczenie, bo przecież musiano zdawać sobie sprawę, że uderza się w postać dla wielu niemal symboliczną, a przy tym powszechnie lubianą. Biorąc też pod uwagę, że jeżeli śledztwo ruszyło zaraz po oskarżeniach Przemysława Kowalczyka, to czy nieco ponad rok to nie za krótko na analizę zarzutów w trzech podanych kwestiach, w których przecież zbadać należało nadzwyczaj długi i bogaty życiorys niemal 100-letniego purpurata? Czy przez to nie można mieć wrażenia, że wyrok zapadł na podstawie dwóch tylko przesłanek: nowych badań profesorów IPN (i tu trzeba mieć nadzieję, że Stolica Apostolska nie ograniczyła się tylko do przeczytania jednego artykułu czy nawet niewydanej jeszcze książki) i pojedynczego oskarżenia rozchwianego emocjonalnie geja po przejściach (co można wywnioskować z opisanej przez niego samego historii swojego życia)? A przypomnę tylko, że za samą współpracę ze służbami dawnego reżimu do tej pory nikogo raczej nie karano w taki sposób. Czyż nie można mieć więc podejrzeń, że niezwykłe dla Watykanu przyśpieszenie działań było wymierzone głównie w efekt medialny, mający pokazać, jak to karze się nawet stare przewinienia ludzi stojących najwyżej w hierarchii kościelnej? A było to tym łatwiejsze, że wygląda na to, iż wiekowy Książę Kościoła nie jest już do końca świadomy otaczającej go rzeczywistości i nie może się bronić, więc był idealnym celem takich działań.

I żeby wszystko było jasne: nie chodzi o to, aby bronić kard. Gulbinowicza bez względu na wszystko. Nie ma ludzi idealnych, a nawet ci lubiani i cenieni mogą popełniać mniejsze i większe błędy, dopuszczać się czynów etycznie wątpliwych czy nawet przestępstw, cynicznie okłamując wszystkich wokół i prowadząc podwójne życie, pełne trudno wyobrażalnego zła. I tak jak w tym przypadku można się różnić w ocenie charakteru kontaktów oskarżonego ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, jednak jego niemoralne, homoseksualne zachowania, choćby dotyczyły tylko wczesnych lat kapłańskich, należy całkowicie potępić. Nie mówię już o molestowaniu, bo obrzydliwość takich czynów nie podlega dyskusji, pytanie tylko, czy w toku śledztwa takie przypadki zostały potwierdzone? W tym kontekście warto zwrócić uwagę na wymiar kary, w większości raczej symbolicznej, z czego najdotkliwszy dla byłego metropolity jest zapewne zakaz pochówku w jego dawnej katedrze. Brak tutaj nakazu przeprosin czy zadośćuczynienia konkretnym osobom, nie odebrano mu też kapelusza kardynalskiego ani tym bardziej nie przeniesiono do stanu świeckiego.

Czy taki wyrok odzwierciedla powagę udowodnionych win, czy może należy się spodziewać wyjaśnienia wszelkich zarzutów w przyszłości, w mającym dopiero powstać raporcie, który będzie przedstawiał efekt dokładniejszych badań, tak jak to było w przypadku kard. Teodora McCarricka? Należy żywić taką nadzieję, bo wydaje się to konieczne. I to nie tylko ze względu na przedstawione powyżej wątpliwości, ale też z powodu innych, znacznie poważniejszych oskarżeń, dotyczących kard. Gulbinowicza oraz jego wychowanków, którzy stworzyć mieli sieć powiązań wewnątrz polskiego Kościoła, w jakiejś części utożsamianej z tzw. lawendową mafią, wzajemnie się kryjącą i pomagającą sobie w tuszowaniu wszelkich afer seksualnych, w tym przede wszystkim szeroko rozumianej pedofilii. Trzeba wziąć pod uwagę, że zarzuty te dotykają nie tylko byłych wrocławskich biskupów pomocniczych, zdymisjonowanego już bp. Edwarda Janiaka oraz bp. Jana Tyrawy, ale też abp. Sławoja Leszka Głódzia, czy jednej z kluczowych w tej układance postaci, abp. Józefa Kowalczyka, wieloletniego nuncjusza apostolskiego w Polsce. Dopiero pełna analiza tego nieformalnego zarzutu mogłaby ukazać, kim w rzeczywistości był Gulbinowicz oraz być może przyniosłaby prawdziwe trzęsienie ziemi w polskim Kościele, niezbędne dla mającej nastąpić jakiejkolwiek reformy, przede wszystkim mentalnej.

Sprawa kardynała Henryka Gulbinowicza jest bolesna i smutna na każdej płaszczyźnie, bo dotyczy wszelkich palących problemów Kościoła w Polsce i na świecie, których przez dekady hierarchia nie chciała nie tylko rozwiązać, ale nawet dotknąć. Mowa tu o braku lustracji, o bierności wobec tworzących się homoseksualnych mafii, tuszowaniu wszelkich afer, niemal całkowitej zmowie milczenia duchowieństwa, zerowej empatii względem ofiar, zwykłym okłamywaniu wiernych, czy wszczynaniem działań dopiero w ostateczności, gdy już jest się pod ścianą, najczęściej w wyniku działań mediów i to oczywiście nie katolickich, bo te są całkowicie uzależnione od biskupów. A najmocniej uderza to w tych, którzy najmniej są wszystkiemu winni, czyli w świeckich, niejednokrotnie zmagających się w świecie, w którym coraz ciężej dawać świadectwo swojej wiary, z wręcz nienawiścią do Kościoła, gdy tymczasem znaczna część duchowieństwa siedzi sobie bezpieczenie w swojej rzeczywistości, do której zwykli ludzie raczej nie mają dostępu. Dopóki nie zmieni się mentalność sporej części kleru, dopóki nie rozbije się korporacyjno-mafijnego układu, który swoje źródła ma Watykanie, nie ma co liczyć na oczyszczenie i odrodzenia się Kościoła Katolickiego.