De pulchritudine

W internetowych dyskusjach jestem często świadkiem komentarzy dotyczących bogactwa liturgicznych paramentów, spłycających ich znaczenie do zbędnego przepychu, który w dodatku miałby przyćmiewać lub nawet całkowicie zagłuszać wewnętrzną postawę człowieka. Czy złoto i jedwabne szaty są przesadą czy czymś całkiem normalnym w sferze, w której człowiek styka się z Bogiem w sposób tak bezpośredni? Zdawałoby się, że odpowiedź jest oczywista, jednak frakcja bojowników bylejakości jest dziwnie odporna tak na piękno, jak i na argumenty. A od jakiegoś czasu wspiera ich w tym niestety papież Franciszek, którego pod względem liturgicznym można nazwać anty-Benedyktem.

Pierwszym argumentem zwolenników tzw. „szlachetnej prostoty” jest zazwyczaj twierdzenie, że Panu Bogu złote szaty i kadzidło nie są potrzebne. Ba! Niektórzy nawet uważają, że Bóg jest im przeciwny, bo przecież Pan Jezus w Ewangeliach tak mówił. A jak nie mówił, to na pewno tak myślał. Bóg jednak na temat kultu wypowiedział całkiem bezpośrednio i bardzo jasno zaznaczył, czego oczekuje. Otóż w dwudziestym piątym rozdziale Księgi Wyjścia Pan Bóg, nakazując stworzenie odpowiedniego miejsca do oddawania Mu czci, bardzo dokładnie opisał przedmioty kultu oraz szaty kapłanów, rezerwując dla nich najcenniejsze kruszce i materiały dostępne na tamtych ziemiach, a więc m.in. złoto czy purpurę. Pan Bóg chcąc, by piękno Przybytku było odbiciem Jego doskonałego piękna, nie zadowala się tylko cennymi materiałami, ale pragnie, aby pracami na ozdobieniem Namiotu Spotkania zajęli się ludzie biegli w swoim fachu. Dbałość o przepych miejsca, w którym żydzi czcili Boga, została przeniesiono także na Świątynię Jerozolimską, która została ozdobiona przedmiotami z brązu wykonanymi przez mistrza Hirama, sprowadzonego specjalnie na ten czas z Tyru.

Skoro więc żydzi w ten sposób okazywali swój szacunek Panu Bogu, to czy tym bardziej nie powinni tak postępować katolicy, którzy przecież w kościołach mają obecnego Boga w sposób realny i substancjalny? Odpowiedź przez wieki nie budziła wątpliwości i dopiero okres posoborowy przyniósł przełom, a w zasadzie zerwanie z dotychczasową praktyką: co jest znaczące, zmiana ta nastąpiła tylko w Kościele łacińskim, gdyż ryty wschodnie pozostały przy tradycyjnym spojrzeniu na kwestię bogactwa dotyczącego liturgii oraz miejsca i przedmiotów z nią związanych. Niezrozumiały pęd do nie tyle prostoty, co bylejakości, a często i po prostu kiczu, jest o tyle dziwny, o ile sprzeczny jest z zdrowym ludzkim pomyślunkiem. Od najdawniejszych czasów człowiek szczególną troską otaczał sprawy związane z kultem: budowane świątynie miały zachwycać ogromem i pięknem, przedmioty przeznaczone do różnych rytuałów często wykonywano lub ozdabiano drogocennymi metalami czy kamieniami – człowiek miał niejako zakodowany w głowie ten naturalny odruch do oddawania Bogu tego, co najlepsze.

59399_4822839975197_1097724714_n„No ale Pan Jezus przecież urodził się biedny, w stajence, umarł na drewnianym krzyżu i nigdy nie miał jedwabnych szat” – rzuci kolejny obrońca plastikowych ornatów lub kolorowej stuły narzuconej na luźno zwisającą albę. Tak, dokładnie tak było, ale teraz Chrystus króluje w wiecznej chwale, otoczony chórami aniołów i świętych, a pewien symboliczny obraz tego daje nam św. Jan w swojej Apokalipsie, która kipi wręcz przepychem i kadzidlanym dymem. Przy tym trzeba pamiętać, że najbogatsza i najbardziej pomponiasta liturgia, którą sprawujemy „pomni na błogosławioną mękę i zmartwychwstanie z otchłani oraz chwalebne wniebowstąpienie tegoż Chrystusa” nie jest pozbawiona prawdzie pięknej prostoty zawartej tak w gestach, jak i w pewnych przedmiotach. Zwróćmy uwagę, iż takim harmonijnym połączeniem prostoty i przepychu jest centralne miejsce składania Najświętszej Ofiary: na kamiennym ołtarzu, przykrytym lnianymi obrusami i korporałem, stawia się złoty kielich i patenę. W tym kontekście warto też wspomnieć na piękny gest zawierający się w starej mszy, a który z niewiadomych przyczyn został wyrzucony z nowego rytu: gdy kapłan składa hostię, która stanie się Ciałem naszego Pana, bezpośrednio na korporale (stąd i jego nazwa) – czyli coś najdrogocenniejszego składa się na kawałku płótna, tak jak kiedyś Najświętsza Panienka owiniętego w płótno Chrystusa złożyła w żłobie i tak jak ciało Jezusa w całunie spoczęło na kamieniu grobowca w Wielki Piątek.

Argumentów za przepychem liturgii można by podawać dużo i pisać całe książki o tym, ale zachowując umiłowanie do niedługich tekstów zacytuję tylko na koniec, święty, ekumeniczny i powszechny Sobór Trydencki, który w XXII sesji tak określił naukę o pomponach, obwarowując ją nawet ekskomuniką:

„Rozdział V: Ponieważ taka jest natura ludzka, że bez zewnętrznych pomocy niełatwo wznosi się do rozważania rzeczy Bożych, przeto święta Matka Kościół ustanowił pewne przepisy w odprawianiu: np. aby przy Mszy św. pewne zdania mówione były po cichu, a inne głośniej. Zastosował też różne obrzędy, jak święte błogosławieństwa, światła, okadzania, używanie szat i inne liczne tego rodzaju rzeczy, oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich. Dzięki temu ma być podkreślony majestat tak wielkiej ofiary, a dusze wiernych przez te widzialne znaki religii i pobożności pobudzone do kontemplacji wzniosłych rzeczywistości zawartych w tej ofierze.

Kan. 7. Jeśli ktoś twierdzi. że obrzędy, szaty i zewnętrzne znaki, jakich używa Kościół katolicki przy odprawianiu Mszy św., są raczej podnietą do bezbożności niż objawem pobożności – anathema sit!

Comments are closed.