Commentarii

De bello liturgico

Minęły już ponad trzy tygodnie od wydania Listu Apostolskiego Traditionis Custodes, który wprowadził nowe normy dotyczące celebracji Mszy Świętej po staremu, cofając jej status prawny do liturgii ledwo tolerowanej, a finalnie i tak skazanej na likwidację. Tą jedną decyzją Franciszek rozbił budowane latami przekonanie o możliwości, choćby nierównorzędnego, ale współistnienia dwóch rytów czy też dwóch form jednego obrządku, tej wizji Benedykta XVI, w której widział on jeden z zasadniczych elementów „reformy reformy”. Z charakterystyczną dla siebie bezwzględnością aktualny Biskup Rzymu stworzył nową, a w zasadzie wrócił do wcześniejszej, eklezjalnej rzeczywistości lat 70., w której nie ma miejsca dla liturgii wzrastającej z Kościołem i kształtującej go przez stulecia. Chcąc całkowicie usunąć autentyczny ryt rzymski, rozpętał wojnę, której nikt teraz nie potrzebował, ale której raczej nie udałoby się uniknąć w przyszłości. Papież i jego otoczenie zapewne dostrzegli, że to ostatni dzwonek aby spróbować zniszczyć powoli, ale stale rozrastający się ruch tradycyjny, który po wymarciu dzieci Vaticanum II i ich młodszych kolegów spod znaku „ducha Soboru”, znacząco mógłby przybrać na sile. Nie wiedzą jednak, że nawet mimo drakońskich praw i stygmatyzacji środowiska, tej wojny nie są w stanie wygrać, a paradoksalnie posunięcie to może im przynieść więcej szkód niż korzyści.

Aby w pełni zrozumieć znaczenie tego posunięcia, należy przyjrzeć się samemu motu proprio, jak i przede wszystkim towarzyszącemu mu listowi, które wyraźnie wskazują, że nie jest to decyzja czysto dyscyplinarna i dotycząca jedynie wąskiego grona katolików, ale dotykająca całego Kościoła i najbardziej żywotnych sfer jego działania. Sama srogość nałożonych obostrzeń oraz bezduszność przyjętej formy dają wyobrażenie, jak ważna dla Franciszka była to sprawa, co potwierdza też fakt, iż nie powstrzymał się nawet od kłamstw, które miałyby usprawiedliwić ten akt, bardziej przypominający ukaz carski niż list pasterski. Wszystko to sprowokowało niespotykaną dotąd falę krytycznych komentarzy z różnych środowisk kościelnych, ale także spoza nich, spośród których warto wspomnieć felieton Jerzego Weigela, znanego biografa Jana Pawła II, który papieski dokument podsumował w jednym zdaniu w sposób chyba najbardziej syntetyczny i trafny, ale też niezwykle dobitny:

Uważam również, że niedawny List Apostolski Traditionis Custodes [Strażnicy Tradycji], który próbuje uchylić hojne pozwolenie papieża Benedykta XVI z Listu Apostolskiego Summorum Pontificum z 2007 roku na łatwiejsze korzystanie z tradycyjnej mszy łacińskiej, był teologicznie niespójny, duszpastersko dzielący, niepotrzebny, okrutny – i był żałosnym przykładem liberalnego zastraszania, które ostatnio stało się aż nazbyt znane w Rzymie.

Cytat ten porusza wiele aspektów związanych ze wspomnianą w nim decyzją, ale zwracam uwagę na fragment nie mniej ważny, niż niekryjące dezaprobaty ostre słowa, de facto charakteryzujące obecnego Biskupa Rzymu, w którym autor daje znać, że papieskie rozporządzenie nie uznaje za w pełni wiążące, a jedynie będące próbą cofnięcia woli wyrażonej przez poprzednika. To zaś sprawą otwartą pozostawia kwestię posłuszeństwa względem tegoż prawa, z czym zresztą mieliśmy okazję zetknąć się już w pierwszych dniach po wydaniu Traditionis Custodes, gdzie dość powszechnie biskupi zignorowali nie tylko absurdalny brak vacatio legis, ale także niektóre inne zapisy, zwłaszcza dotyczące celebracji starych mszy w kościołach parafialnych, przy czym niektórzy posunęli się wręcz do rzucenia Watykanowi wyzwania, wykorzystując do tego prawo kościelne i zastrzeżone w nim dla biskupów prawo dyspensowania wiernych „od ustaw dyscyplinarnych, tak powszechnych, jak i partykularnych” (Kan. 87 § 1 KPK). Choć co prawda reakcje hierarchii kościelnej były różne i to także w ramach jednego kraju, to ukazały one, iż Franciszek nie może liczyć na pełne poparcie biskupów i powszechną zgodę, co niewątpliwie cieszy. Oczywiście w odruchu urażonej dumy i dla chęci zdyscyplinowania krnąbrnych ordynariuszy najbardziej znany mieszkaniec Domu św. Marty może przedsięwziąć różnego rodzaju kroki, aby zmusić ich do przyjęcia jego wizji, ale byłaby to jeszcze większa porażka, niż sam fakt częściowego nieposłuszeństwa niemałej grupy hierarchów.

Publikując omawiane motu proprio Franciszek zagrał va banque, sprawdzając tym samym posłuszeństwo biskupów względem kontrowersyjnego dokumentu i wiele wskazuje na to, że się przeliczył, choć zapewne musiał brać pod uwagę pewien opór czy też bierność niektórych episkopatów. Zdaje się się, że czynnikiem decydującym był jego stan zdrowia, który zmusił go do przyśpieszenia działań i nie odkładania ich do czasu śmierci Benedykta XVI, który jak na złość, uparcie trzyma się przy życiu i w niezłej kondycji psychicznej. Co zatem było powodem powstania Traditionis Custodes? Chyba tylko ktoś skrajnie naiwny może wierzyć, iż przyczyna leży w odpowiedziach biskupów na ankietę dotyczącą starej mszy i tradycyjnych środowisk, której wyników zresztą pewnie nigdy nie poznamy, zwłaszcza że sam Franciszek przyznał w swoim liście, że tak naprawdę jedynie utwierdziły go one w podjętej już wcześniej decyzji o koniecznej interwencji. Nie zdziwi to nikogo obserwującego ten pontyfikat, bo już od pierwszych jego chwil nowy Biskup Rzymu dał wyraz swojej niechęci do wszystkiego co tradycyjne, nie zdziwiłbym się więc, gdyby decyzja o wyrugowaniu z Kościoła dawnej liturgii zapadła jeszcze przed ostatnim konklawe, kiedy to podczas zakulisowych ustaleń wybierano najlepszego kandydata, który w swym ideologicznym uporze nie zawaha się podjąć tak autorytarnej i drastycznej decyzji.

Papież Franciszek w czasie Mszy Świętej w Bazylice Watykańskiej celebrowanej w uroczystość Bożego Ciała 14 czerwca 2020 r.

Tutaj wiec stajemy przed rozpatrzeniem kwestii zasadniczej: czy Franciszek miał prawo tak uczynić? Wbrew temu, co uważa wielu tradycjonalistów, kwestii tej wcale nie uważam za oczywistą. Aby całościowo spojrzeć na tę sprawę, musimy cofnąć się kilka wieków, do czasów Soboru Trydenckiego i następującej po nim promulgacji Mszału Rzymskiego, do którego to wydarzenia, w sposób jednakże wręcz przewrotny, odniósł się sam papież Bergoglio: w swym liście dołączonym do omawianego motu proprio porównał się do Piusa V, choć jakoś nie dostrzegł absurdu takiej analogii, skoro dominikański papież utrzymał w mocy wszystkie stare obrządki, znosząc tylko te niemające 200 lat, gdy tymczasem Rzymski Biskup wywodzący się z Towarzystwa Jezusowego chce zakazać wielowiekowego rytu, aby pozostał tylko ten stworzony niespełna pół wieku temu. Nie zmienia to jednak faktu, że papież Ghislieri faktycznie wyrugował niektóre lokalne ryty, wśród których zapewne były obrządki w pełni ortodoksyjne. Nie jest więc też tak, że Franciszek działa całkowicie nielogicznie, bo powołuje się na pewien precedens i jednocześnie opiera się na tym, co stanowczo i jednoznacznie określił Paweł VI, który przy publikacji nowego Mszału Rzymskiego wyraźnie wskazał, iż mimo znaczących zmian, jest to ten sam ryt i ten sam mszał co wcześniej. Logicznie więc rzecz ujmując, nie ma miejsca dla starego rytu, gdyż nie został on zniesiony, ale jedynie zreformowany. Jezuita na Tronie Piotrowym wprost do tego nawiązał, tłumacząc, że mszał Pawła VI jest tożsamy z mszałem Piusa V, który „nie tylko zachowano, ale i odnowiono”. Patrząc na to z tej perspektywy bardziej sensowną staje się myśl Franciszka, iż tylko nowym mszał należy uważać za „jedyny wyraz lex orandi Rytu Rzymskiego”.

Problem jednak zaczyna się w miejscu, w którym najpierw Jan Paweł II, a następnie Benedykt XVI orzekli, że papież Montini, wbrew temu, co sam twierdził, nie zastąpił starego mszału nowym i że każdy kapłan może swobodnie celebrować jak dawniej, zaś żaden biskup nie ma prawa tego zabronić. Franciszek bezceremonialnie przeszedł nad tym do porządku dziennego, sprowadzając decyzje swoich poprzedników jedynie do gestu wyciągniętej dłoni, która przez tradycjonalistów miałaby zostać odrzucona, stąd i decyzja o cofnięciu wcześniejszych regulacji prawnych. Inną nieścisłością jest fakt, że jeśli omawiany dokument określa, że tylko nowy mszał jest wyrazem lex orandi Rytu Rzymskiego, to co w takim razie wyraża stary? List papieski sam potwierdza, że wcześniej był on „głównym wyrazem lex orandi Rytu Rzymskiego”, co niesie w sobie kolejne dwa problemy: czy mszał sprzed reform posoborowych utracił swoją rzymskość, przez co nie może być już wyrazem wspomnianego prawa modlitwy, a jeśli tak, to w jaki sposób to nastąpiło oraz jeżeli był on „głównym wyrazem” tejże normy, czyli nie jedynym, to dlaczego teraz też nim być nie może obok Novus Ordo Missae. Nie można się więc dziwić, że Traditionis Custodes określone zostało jako dokument teologicznie niespójny, skoro papież Bergoglio nawet nie spróbował rozprawić się z twierdzeniem, iż stary ryt nie tylko nie został zniesiony przez Konstytucję Apostolską Missale Romanum Pawła VI, ale nie może być zakazany. Przez to uchybienie nie wiemy, czy Franciszek uważa stwierdzenia zarówno obu komisji powołanych przez Jana Pawła II, jak i woli samego Benedykta XVI, zawartej w motu proprio Summorum Pontificum i towarzyszącym mu liście, za nieprawdziwe i nieważne, czy po prostu mimo świadomości ich znaczenia stwierdził, że swą papieską władzą może jednak wpierw ograniczyć stosowanie starego mszału, a następnie całkowicie go zakazać. Bo jeśli mamy do czynienia z drugą opcją, to Franciszek nie tylko zaprzecza papieżom Wojtyle i Ratzingerowi, ale i samemu Soborowi Watykańskiemu II, który w Konstytucji o Liturgii Świętej mówi wyraźnie, że Kościół „uważa za równe w prawach i godności wszystkie prawnie uznane obrządki, chce je na przyszłość zachować i zapewnić im wszechstronny rozwój”. Wychodziłoby więc na to, że autor Traditionis Custodes, który od środowisk tradycyjnych domaga się pełnego uznania ostatniego soboru, sam go w całości nie przyjmuje, co w zasadzie można powiedzieć o praktycznie wszystkich biskupach świata, którzy nigdy nie wprowadzili w życie pierwszej soborowej konstytucji.

Jeżeli nawet przyjmiemy, że Ojciec Święty na mocy sprawowanej przez siebie władzy może abrogować dowolny akt prawny swojego poprzednika, w tym dotyczący uznanego i prawowiernego rytu mszy, to kwestią zasadniczą pozostaje, czy coś takiego powinien uczynić? Na myśl przychodzą słowa św. Pawła: Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje (1 Kor 10, 23-24). W obecnej rzeczywistości postępowanie Franciszka, choćby nawet działał zgodnie z literą prawa, uznać należy za szkodliwe dla Kościoła, przez co Pontifex Maximus, co przetłumaczyć można jako Największy Budowniczy Mostów, te mosty łączące Boga i człowieka, ale też ludzi ze sobą, nie wznosi, ale niszczy. Jest to działanie całkowicie odwrotne do tego, co czynili poprzednicy, którzy nie tylko dla zachowania pełnej komunii domagali się, jak to pisał Jan Paweł II w motu proprio Ecclesia Dei, „szacunku dla słusznych życzeń” tradycjonalistów, ale wręcz wskazywali na stary mszał, jako na bogactwo Kościoła, którego zakazać nie można. I nagle nowy papież ponownie spycha na margines część wiernych tylko dlatego, że śmią kontestować dzieło jego młodości, które w żaden sposób nie jest okryte nimbem nieomylności, pozostając przy tym całkowicie biernym wobec faktycznie ważnych i piętrzących się problemów, z którymi Kościół zmaga się na całym świecie. Apodyktyczny mieszkaniec Domu św. Marty wchodzi więc w sekciarską wręcz narrację, która ostatni sobór stawia w randze superdogmatu, którego krytyka jest najcięższym grzechem. Tymczasem, gdy bezmyślnie przygląda się on bałwochwalczym kultom w murach Watykanu, wokół niego sypie się domek z kart, jakim jest tzw. Kościół Posoborowy, rozrywany galopującą laicyzacją już nie tylko krajów Zachodu oraz fatalnym stanem wiary katolików, z których ogromne masy nie dość, że nie uznają nauczania moralnego Kościoła, ale wręcz nie wierzą w podstawowe dogmaty wiary. Postawa papieża przedstawia się tym gorzej, że w dobie dramatycznego upadku autorytetu Kościoła, związanego przede wszystkim z aferami seksualnymi i ich kryciem przez hierarchię, on jeszcze bardziej podważa zaufanie tak do samej instytucji, jak i do papiestwa, co odbiło się echem krytycznych komentarzy znacznej części katolików, którzy postanowienia zawarte w Traditionis Custodes uznali za niezrozumiałe i przynoszące szkodę jedności Kościoła. Oczywiście można żywić nadzieję, że to tylko problem jednego człowieka i kolejny papież będzie kierował się prawdziwą troską o powierzoną mu owczarnię, a nie młodzieńczą ideologią, ale któż jest w stanie to zagwarantować? Czy katolicy mogą być pewni, że następca nie zakaże czegoś innego, co jego poprzednicy widzieli jako wielkie i święte i co takim powinno pozostać dla kolejnych pokoleń wiernych?

Traditionis Custodes wraz z towarzyszącym mu listem to dokumenty ze wszech miar smutne, w swych założeniach wątpliwe, w formie bezduszne, w treści niesprawiedliwe, w tonie despotyczne, okrutne wobec żyjącego jeszcze poprzednika, obniżające zaufanie do Kościoła i papieża, rozdrapujące stare rany i zaogniające dawne spory. Potwierdzają one to, co od samego początku pisałem o nowo wybranym papieżu czy o sensowności „reformy reformy” bazującej tylko na dawaniu przykładu, a nie na twardych nakazach. Jedną decyzją Franciszek dał amunicję do uderzania w wiernych Rzymowi tradycjonalistów zarówno kościelnym liberałom, jak i piusowcom, którzy teraz mogą, tym razem zgodnie z prawdą, nazywać nas „indultowcami” oraz prężyć się w samozachwycie, że na żadne układy z Watykanem nie poszli. Osoby przywiązane do rzymskiego katolicyzmu, który jeszcze niedawno był jedynym obowiązującym wzorcem, znów kopnięto jak psa, który nie raz wyrzucany do budy, za każdym razem wraca do pańskich kolan, gotów bronić domu, w którym spotyka go niewiele dobrego. Znów staliśmy się pionkiem w rękach biskupów, którzy nas nie znają, w większości nie rozumieją, a kontakty, jeżeli nawet jakieś są, ograniczają do absolutnego minimum. Przez lata byliśmy czarnymi owcami stada, którymi pasterze w ogóle się nie przejmowali, a które dla świętego spokoju można zostawić na pastwę losu. A wszystko przez to, że w panującym hurraoptymizmie tzw. Wiosny Kościoła zachowaliśmy zdrowy rozsądek i podejmowaliśmy krytykę nowej rzeczywistości i pojawiających się w niej pewnych zjawisk, trendów, czy konkretnych decyzji i zdarzeń. Okazuje się, że w obecnym Kościele można niemal wszystko, byleby nie podnosić głosu przeciw nieomylnym reformom czy nieskalanym papieżom, byleby nie wytykać błędów i fatalnych skutków dzieła, w którym wielu jeszcze hierarchów widzi owoc pracy swoich lat młodzieńczych i traktuje jak dziecko, któremu nawet nie można zwrócić uwagi.

Cała nadzieja w tym, że kolejne takie doświadczenie tylko wzmocni środowisko tradycyjne i pomoże zewrzeć jego szeregi, ale przede wszystkim w tym, że Franciszek ukazał swe prawdziwe oblicze, jakże dalekie od kreowanego przez niego samego wizerunku miłosiernego ojca, co otworzyło niektórym oczy i sprawiło, że na tzw. tradsów spojrzano przychylnie nawet w tych kręgach Kościoła, z którymi zdecydowanie im nie po drodze. Rozbudziło to nadzieje, że na przyszłym konklawe kardynałowie będą chcieli uniknąć podobnych błędów jak bieżący pontyfikat i spróbują zwrócić się ku osobie, która będzie starała się być pasterzem dla wszystkich, a nie tylko dla tych, których lubi. W tym miejscu raz jeszcze pozostaje wyrazić głęboki żal wobec niezrozumiałej decyzji Benedykta XVI, która zepchnęła tradycjonalistów i cały Kościół w to przygnębiające miejsce, w jakim jest teraz. Pozostaje nam czekać, modlić się i działać: być może decyzja Franciszka i jego otoczenia obróci się przeciwko nim samym. Wiele tu będzie zależało od najbliższych miesięcy, bo jeżeli nagłe przyśpieszenie tak zdecydowanych działań faktycznie było wynikiem złego stanu zdrowia aktualnego Biskupa Rzymu, związanego z jego ostatnim zabiegiem i przedłużoną hospitalizacją, to część biskupów być może będzie wolała wstrzymać się z ostatecznymi rozstrzygnięciami, aby samemu się przekonać, co przyniesie przyszłość. Mimo niesprzyjającego czasu spokojny jestem o przyszłość starego rytu, który jak wierzę jest dziełem Bożym i przetrwa każdą próbę i pewien jestem, że gdy na świecie nie będzie już Jerzego Bergoglio, a napędzająca go idea, która teraz każe mu zepchnąć antyczny ryt rzymski w nicość, będzie już odchodzić do lamusa, na całym świecie Msza Święta po staremu będzie się odprawiała.

 

6 komentarzy

  • Krzysztof Broszkowski

    Jestem na świeżo po wysłuchaniu obszernego komentarza nt. Traditionis custodes red. Pawła Lisickiego w Mediach Narodowych. Na końcu deklaruje się jako pełny lefebrysta, walczący z Rzymem – ze względu na obronę liturgii ukształtowanej w średniowieczu i baroku, i nazwanej Mszą wszechczasów. Zajrzałem też przed chwilą do historii rozbicia i ostatecznie osłabienia Cerkwi prawosławnej po odrzuceniu w XVII reformy liturgii patriarchy Nikona przez „staroobrzędowców”. Argumenty tradycjonalistów za trwaniem przy liturgicznej formie trydenckiej, mutatis mutandis, żywcem przypominają protesty tamtych naszych braci w Chrystusie z Rosji.
    Reakcja Cerkwi była oczywista, oczywista jest też dziś zdecydowana reakcja Stolicy apostolskiej, konsekwentnie niedopuszczająca możliwości powrotu do starego mszału.
    Kolejny temat wiąże się z książką Dietricha von Hildebranda „Koń trojański w Mieście Boga”. Sądzę, że celebracje „tradycyjne” w parafiach są koniem trojańskim wprowadzajacym do parafii postawy heretyckie: w imię ciasnoty i jurydyzmu liturgii trydenckiej, odrzucające zasadę odnowy liturgii i promujące postawy nieposłuszeństwa wobec Strażników Tradycji – kolegium biskupów z Papieżem. Kilka cytatów tradycjonalistów potwierdzających to moje rozpoznanie w moim wideo:
    https://youtu.be/2OoxJ_ys-o0

    • iktp

      Nie odniosę się do słów p. Lisickiego, bo nagrania nie słuchałem – poglądy lefebvrystów są raczej powszechnie znane, więc tutaj nic by nie mogło mnie zaskoczyć, a oni sami de facto nie są stroną sporu. Nie da się jednak porównać reformy Nikona z reformą Pawła VI: każdy kto choćby pobieżnie prześledzi jedne i drugie, nie znajdzie większych podobieństw. Sama reforma Wielkiego Tygodnia za Piusa XII byla bezporównywalnie bardziej fundamentalna niż cały szereg kosmetycznych w zasadzie zmian, jakie wprowadzono w Cerkwi Rosyjskiej w poł. XVII w., nie mówiąc już o rewolucji liturgicznej Pawła VI. Nie wiem, czy Ksiądz zdaje sobie sprawę, ale Hildebrand był tradyjonalistą, więc całkowicie odwrotnie odczytał Ksiądz jego myśl zawartą w podanej lekturze. Zaś co do nagrania, to proszę wybaczyć, ale póki co też się do niego nie odniosę, gdyż jest tam tyle błędów, że wymagałoby to zupełnie osobnego opracowania. Najzabewniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że do posłuszeństwa i liturgicznego uniformizmu wzywa członek Neokatechumenatu, znanego z wieloletniego oporu wobec watykańskich zarządzeń oraz de facto własnego rytu.

  • Czytelnik

    Te odniesienia personalne i epitety w stronę Papieża mi się nie podobają. Wręcz nie przystoją Katolikowi. To niefajne jest i wręcz pokazuje, że być może decyzja była słuszna.

    Osobiście sam jej nie rozumiem, aczkolwiek wierzę w działanie Ducha Świętego na konklawe i jakkolwiek zadziwiające jest to, co się dzieje, na pewno zostanie z tego wyciągnięte jakieś Dobro i zrealizuje się Boży Plan. Bez szkody dla liturgii i samego Kościoła.
    Być może ów „standaryzacja” wywoła również falę zmian w Novusie, jego „ustandaryzowanie”, odrzucenie abberacji i wprowadzenie porządnego sprawowania liturgii?

    Tym bardziej dziwi mnie ta decyzja, bo to właśnie w tym pontyfikacie przecież zrobiono kroczek w kierunku FSSPX zezwalając wiernym na korzystanie z sakramentu pokuty i udział we mszy bez utraty dla ducha.

    Jesteśmy troszkę sami sobie winni tej sytuacji, bo czasem obserwując to środowisko, czytając takie teksty jak powyżej, nie dziwię się, że biskupi pozniej mają obawy o to, że tradsi ocierają się o schizmę i sedekwantyzm.
    Ludzie wchodzący w to z zewnątrz, „nie czujący tematu”, nie rozumiejący, rzeczywiście będą traktować to środowisko jako sekciarskie.

    Szkoda. Jeśli sami, zaczynając od naszego kraju, naszych duszpasterstw i kręgów w których bierzemy udział w NFRR będziemy dawali przykład, który rozleje się na cały świat, to przepis może się zmienić. To jest tylko przepis ludzka ręką uczyniony.

    • iktp

      Czy któreś z odniesień personalnych do Franciszka jest nieadekwatne czy po prostu uważa Pan, że nie należy tak mówić? Co do Ducha Świętego na konklawe, to Kolegium może działać pod jego wpływem, ale nie musi. Dopust Boży też jest możliwą opcją. W novusie nic się nie zmieni, bo nikomu na tym nie zależy – nawet za Benedykta nic się w tej materii nie działo. A co do tego, że tradsi sami są sobie winni – to temat rzeka, ale proponuję porozmawiac z jakimś wieloletnim tradycjonalistą zaangażowanym w tworzenie i budowę któregoś z ośrodków starej mszy w Polsce, to może Pan zrozumie. Zresztą czy w tym tekście napisałem coś bardziej dosadnego niż zacytowanyt biograf Jana Pawła II, człowiek w ogóle bardzo daleki od ruchu tradycyjnego?

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.